Ostatnio mój małżonek postanowił z przyjacielem wybrać się na squash’a. Niestety nie udało mu się znaleźć wolnego terminu i usłyszałam taki oto komentarz do telefonu: „Cholerne postanowienia Noworoczne. Ale nie martw się, daję im maksymalnie miesiąc! I znów sala będzie nasza!”

Czy miał rację? Czy rzeczywiście tak to już jest, że co roku postanawiamy coś zrobić, coś zmienić i poddajemy się po krótkim czasie? A jeśli tak, to co jest nie tak? Czy to coś z nami, z naszą motywacją, czy z naszymi postanowieniami?

Przypomnijcie sobie jakieś z Waszych ostatnich postanowień, które bardzo chcieliście osiągnąć, ale Wam się nie udało. Czy niepowodzenie wynikało z Waszej słabej woli, czy może osiągnięcie celu okazało się zależne nie tylko od Was i pozostałe „siły” nie sprzyjały? Czy może należałoby uznać, że to po prostu nie był Wasz najprawdziwszy upragniony cel i dlatego łatwo odpuściliście?

Wydaje mi się, że jak coś chcemy robić i sprawia nam to frajdę, to po prostu to robimy, nie musimy czekać do jakiegoś magicznego dnia, od którego „wszystko się zacznie”. Wszystkie inne postanowienia są na wyjściu „podejrzane” i należałoby je lepiej przeanalizować, jeśli cokolwiek ma z nich wyjść.

Postanowienia Noworoczne to zazwyczaj coś, co „fajnie by było robić”, „wypadałoby robić”, „bo inni to robią”, „bo to modne, zdrowe”, itp itd. Albo – jest to próba do zmotywowania się i osiągnięcia czegoś ważnego, czego jeszcze nie udało nam się zrobić. I nie zastanawiamy się wówczas, dlaczego nam się nie udaje, tylko postanawiamy, że teraz się „weźmiemy za siebie i się w końcu uda”.

Nie chce Was martwić, ale może się znów nie udać. Bo postanowienia noworoczne / cele podzieliłabym najpierw na 3 kategorie:

1. Cele, które naprawdę chcemy osiągnąć, bo są nam potrzebne do lepszego funkcjonowania, ale ich realizacja zależy często nie tylko od nas samych. 

Zależy bowiem też od innych, od szeregu okoliczności, sytuacji i nie w pełni leży w zakresie wyłącznie naszej kontroli.

Myśląc o tym, przypomniałam sobie, jakie miałam przejścia z prawem jazdy, które ostatecznie zdałam… za 18 razem 🙂 Podchodziłam 3 razy w wieku 18 lat i jak się nie udało, to się poddałam. Dałam sobie wmówić, że widocznie się nie nadaję. I nie pomagało to, że instruktor twierdził, że dobrze jeżdżę. Nie pomagał fakt, że sama przecież widziałam, że radzę sobie i znam przepisy. Na egzaminach z jakiegoś powodu „wyłączał mi się mózg” i popełniałam fatalne błędy, które nigdy nie zdarzały mi się w trakcie jazd szkoleniowych. Założyłam więc, że nie jestem w stanie zdać i tak się działo. JA BYŁAM TEMU WINNA W SWOIM MNIEMANIU. Taka samospełniająca się przepowiednia.

4 lata później znów uznałam, że potrzebne jest mi prawo jazdy, że może warto by było znów spróbować. Pomyślałam, że może jestem już starsza, dojrzalsza, rozsądniejsza, więc mam większe szanse na zdanie (zauważcie, że wciąż szukałam w sobie przyczyny niezdawania i w sobie szukałam ewentualnej „poprawy”). Nie udało się 2 razy, więc znów uznałam, że to nie dla mnie.

Po kolejnych wielu latach mój obecny mąż powiedział, że powinnam znów zawalczyć. Nie chciałam nawet o tym słyszeć, wmówiłam już sobie bowiem dodatkowo, że się panicznie boje jeździć, że egzaminatorzy specjalnie mnie uleją, że to jest coś nie do osiągnięcia itd. Zaczęłam więc padać ofiarą błędnych przekonań. Usłyszałam jednak sporo silnych argumentów, które dały mi do myślenia, zmobilizowały i zaczęłam znów podchodzić do egzaminów. Przepisy się pozmieniały, oblewałam kolejne podejścia, znów się podłamywałam.

Ale żeby się nie poddać w pełni, zaczęłam inaczej sobie porażki uzasadniać. Zaczęłam słuchać instruktorów mówiących, że umiem jeździć, tylko w siebie nie wierzę, postanowiłam im zaufać. Przecież znali się na swojej pracy, wiedzieli lepiej ode mnie, czy na kierowcę się nadaję, czy nie. Starałam się zacząć obiektywnie patrzeć na swoje braki, ale i chwalić za postępy. I tak pomału, po wielu kolejnych niepowodzeniach, ale i ciężkiej pracy nad sobą i zmianą swoich przekonań, w końcu podeszłam do egzaminu, w czasie którego moje myślenie wyglądało już mniej więcej tak : „może egzaminator wcale nie chce mnie oblać, tylko sprawdzić, jak jeżdżę, a ja przecież jeździć umiem?” Jechałam więc spokojnie, wciąż sobie powtarzając, że jak nie wydarzy się nic niezależnego ode mnie na drodze, to ja sobie poradzę, bo to, co jest pod moją kontrolą zrobić umiem i zrobię. I zdałam!

A napisałam Wam tę historię, bo dla mnie samej była to wielka nauka, że zbyt często krytykujemy siebie, szukamy winy w sobie. Ludzie bardzo dążą do zrozumienia wydarzeń w swoim życiu, chcą mieć nad nimi kontrolę, chcą znać „winowajcę”. A często nie ma ani logicznego wytłumaczenia, ani „winnych”. Pewne rzeczy po prostu dzieją się tak a nie inaczej. Ja oczywiście popełniałam błędy na egzaminach, dlatego nie zdawałam, ale popełniałam je, bo stres odbierał mi zupełnie swobodę myślenia, szybkość reakcji. Powodował, że nie ufałam sobie i reagowałam inaczej niż podpowiadała mi intuicja, bo wychodziłam z założenia, że nie może ona mieć racji.

Nie wmawiajmy sobie, że coś z nami jest nie tak, bo fakt, że się nie poddajemy, że wciąż walczymy, daje nam ogromne szanse na realny sukces i spełnienie marzeń. „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”! No, chyba, że osoby kompetentne, którym ufamy szczerze zaczną nam coś odradzać, wówczas warto się zastanowić, czy jest sens brnąć w coś dalej. Ale jeśli „specjaliści” nie widzą przeciwwskazań – do boju!

Wyznaczając sobie cele i postanowienia, postarajmy się chłodnym okiem ocenić, na ile realny mamy wpływ na ich realizację. Uznajmy z pokorą, że pewne kwestie zwyczajnie nie zależą od nas. Bo taka jest prawda, choć bywa ona niewygodna. Będzie co ma być, my róbmy wszystko, co w naszej mocy, by „pomóc” losowi, ale nie bierzmy do siebie tego, czy on z tego skorzysta, czy nie. To już jest poza nami. My róbmy swoje.

Podsumowując, w przypadku powyższej grupy celów i postanowień wydaje mi się, że jest największe ryzyko niepowodzeń i poddawania się, bo są to cele na wyjściu trudniejsze do osiągnięcia. Uważam jednak, że tu trzeba najbardziej walczyć, choćby po wielokroć. Bo tu się ważą takie cele, jak kończenie różnych kursów, studiów, cele wieloetapowe, długoterminowe, złożone. Jeśli rozpoznajecie w tej grupie jeden z waszych celów i złościcie się na siebie, że znów go „postanawiacie” i czemu znów się nie udaje – nie poddawajcie się. Jeśli Wam na tym celu zależy – powtórzę po raz kolejny: nie poddawajcie się.

2. Postanowienia najczęstsze, pod tytułem: chcę być lepszy / piękniejszy / fajniejszy / zdrowszy…

Czyli chyba te najczęstsze i te, dzięki którym mój mąż prawdopodobnie faktycznie za miesiąc bez trudu o każdej porze będzie mógł zarezerwować salę na ćwiczenia. Postanowienia często bardziej „czyjeś w Waszej głowie” niż Wasze własne. I w tym tkwi sęk. Czy naprawdę czujecie głęboką potrzebę takich zmian? Po co chcecie coś zmieniać? Bo lubicie się i chcecie sobie poprawić jakość życia, czy dlatego, ze się nie lubicie i chcecie się „ulepszyć”? Odpowiedzcie sobie szczerze na to pytanie. I… odpuśćcie, jeśli odpowiedzią jest to drugie. Bo tu się nie powiedzie. Nici z prawdziwej motywacji, jeśli nie będziecie pragnęli czegoś naprawdę dla siebie.

W tym momencie lepiej postawcie sobie cel: „polubię siebie”, bo to jest pierwszy krok do stawiania celów w zgodzie ze sobą, takich, które mają szanse powodzenia. I dopiero po polubieniu siebie, chcąc siebie uszczęśliwić, dać sobie coś więcej, urozmaicić swoje życie, zaczniecie stawiać sobie postanowienia nr 3.

3. Postanowienia pozytywne, rozwijające i uszczęśliwiające. Kreatywne i pełne energii, a nie „naprawcze”.

Te realizują się same, bo zabieracie się za nie pełni zapału niemalże od razu, w każdej wolnej chwili, nie czekacie na magiczne daty. Właściwie moment ich wymyślenia jest jak olśnienie, od razu czujecie, że to jest coś ciekawego i nie możecie się doczekać, aż zaczniecie się w tym sprawdzać.

I takich postanowień i ich realizacji Wam życzę!

PS. A jeśli chcesz dowiedzieć się, jak Rozwijać zdrową SAMODYSCYPLINĘ i ZAANGAŻOWANIE, pomagające żyć w zgodzie ze sobą, w pełni realizować i wyrażać siebie… zapisz się na styczniowe, BEZPŁATNE WARSZTATY ON-LINE, z serii warsztatów rozwijających ODPORNOŚĆ PSYCHICZNĄ.

[yikes-mailchimp form=”1″]

 

Toniesz w emocjach? Nauczę Cię pływać!

Jesteś SP (Sensitive Person)? Dołącz do „The third SPace” - newsletterowej przestrzeni Twojego rozwoju. Otrzymasz na start PDF „Tonąc w emocjach – nauka pływania” a w dalszym kontakcie mnóstwo inspiracji do poszukiwań Twoich własnych „3 SP dla SP”: SPokoju, SPójności i SPełnienia.

O AUTORCE

Nazywam się Małgorzata Pawlińska. Jako psycholog, Coach PCC ICF oraz licencjonowany konsultant i trener Odporności Psychicznej - pomagam kobietom będącym SP (SP – Sensitive Person) odnaleźć i rozwijać w życiu 3 SP: SPokój, SPójność, SPełnienie.

Podobne wpisy