Kurs "Zrozum, rozwiń i pokochaj wysoką wrażliwość" w rozszerzonej odsłonie!
Wysoko wrażliwy RODZIC na kwarantannie… Jak przetrwać i nie zwariować
17 kwietnia 2020 |

Zapomniałam, że mam dzieci?

Bardzo dziękuję za odzew po poprzednim artykule („Wysoka wrażliwość w czasie kryzysu / pandemii„). Cieszę się niezmiernie, że wzmacnia on moje wrażliwe czytelniczki, w obecnej, trudnej rzeczywistości. Jednocześnie nie mogę zbagatelizować, że w wielu mailach od Was, komentarzach w social mediach, ale i w komentarzach bezpośrednio na blogu pojawia się pytanie: „a jak w swojej wysokiej wrażliwości uporać się z dziećmi, które teraz pozostają z nami pod jednym dachem 24/7, często jednocześnie z pracą?„.

To bardzo ważne pytanie. W sumie zaskoczyło mnie samą, że bezpośrednio się do tej kwestii nie odniosłam, że nie przyszła mi ona w takiej formie do głowy, podczas pisania poprzedniego wpisu. Zwłaszcza, że sama mam dwie malutkie córeczki, pracę zdalną i wysoką wrażliwość w ekstremalnym wydaniu (mam maksymalną ilość pozytywnych odpowiedzi w TEŚCIE NA WYSOKĄ WRAŻLIWOŚĆ).

Jak to więc jest, że nie zauważam u siebie tego tematu jako „problematycznego”, mimo bycia wysoko wrażliwą mamą?

Jak to jest, że nie czuję, bym posiadała jakąś specjalną, ekspercką wiedzę w tym zakresie, a jednak, faktycznie wydaje mi się, że sobie w obecnej sytuacji spokojnie z temacie dzieci radzę? Oczywiście nie jest tak, że nie czuję przebodźcowania, że nie rozpraszają mnie ich kłótnie, że nie miewam ich „dość”. Nie jest też tak, że nie są one źródłem dodatkowych, intensywnych, trudnych w odczuwaniu emocji…

Ogromnie mnie to zafascynowało. Od kilku dni zbierałam przemyślenia z tym związane i stwierdziłam, że napiszę, z czego, być może, wynika fakt, że dzieci nie „dociążają mnie” dodatkowo w okresie izolacji. Bo dociążać dociążają, z tym, że tyle co zawsze. I nie jest to coś, co mnie martwi, uważam wręcz to za normę w rodzicielstwie. Nie mniej od razu potrzebuję zrobić zastrzeżenie, że będzie to bardzo osobiste i subiektywne, bo nigdy nie miałam zakusów na bawienie się w „parentingowego” doradcę. Sama nigdy nie czytam poradników dla rodziców i nie chcę nic nikomu „radzić”.

Poniższe punkty są zatem listą moich refleksji odnośnie tego: co okazało się, w ostatnim czasie, najprawdopodobniej, najmocniej wspierające dla mnie – jako wysoko wrażliwego RODZICA.

1. Nie patrzę na dzieci jak na „źródło przebodźcowania”

Jednym z głównych wniosków, do jakich doszłam, jest to, że ja w ogóle nie myślę o dzieciach jako o źródle innego, osobnego źródła stresu w obecnym czasie, tylko w związku z tym, że są dziećmi a ja rodzicem (a więc w związku z pełnionymi rolami, relacją itp.)W POPRZEDNIM ARTYKULE uwzględniłam je w grupie „zwykłych domowników” i jako stresor uznałam ogólnie zwiększoną, w związku z izolacją, częstotliwość kontaktów z domownikami, bez rozróżniania. I jak wracam do tego wpisu, to z czystym sercem mogę powiedzieć, że praktykowanie wszystkich uwzględnionych tam wskazówek na pewno mocno przekłada się na wzmocnienie mnie w spokojnym wypełnianiu roli mamy.

Mam dziwne przeczucie, że rozdzielenie kwestii rodzicielstwa od pozostałych relacji, jakie tworzymy w domu, może być tu kluczowe dla czytelniczek, które zapytały „a jakie wskazówki dla MAM?„. No bo czemu nie mogłyby to być takie same wskazówki?

Może dlatego, że relację z dziećmi, w aspekcie siebie i swoich potrzeb, traktujemy często inaczej niż pozostałe relacje? Bo z jakiegoś powodu wobec dzieci trudniej nam postawić granice, albo konsekwentnie pokazywać siebie tak jak dorosłym i dbać o siebie i swoją wrażliwość? A moje pytanie brzmi: dlaczego? Czemu pozwalamy na takie rozstrojenie i tracimy SPójność w tym, by pokazywać się takimi samymi wszystkim najbliższym i by tak samo dbać o siebie i swoje potrzeby, i pilnować respektowania praw do troszczenia się o siebie?

Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest tak, że ja nigdy nie zagubiłam się w nadmiernym „byciu dla dzieci”, ale w ostatnim czasie na pewno mam to na innym poziomie i wydaje mi się to być bardzo mocnym elementem układanki pod tytułem: „potrzeby każdego z nas są tak samo ważne”. Dojście do tego nie było łatwe, bo mierzyłam się z różnymi stereotypami, albo z nawykami, jakie po prostu wyrobiły się w pierwszym roku życia moich dzieci. A nawyków nie zmienia się szybko, lekko i przyjemnie. Nie mniej czułam od zawsze, że muszę je zmienić, by chronić siebie, ale i – poprzez to –  chronić przyszłość moich dzieci. Chcę bowiem dawać im przykład, jak same powinny kiedyś o siebie zadbać, gdy będą rodzicami. Chcę by umiały bez wyrzutów sumienia prosić o pomoc, odpoczywać, dbać o siebie i o radość na co dzień.

Zwłaszcza, że mam wysoko wrażliwą córkę. I Twoje dzieci też, z dużym prawdopodobieństwem, są wysoko wrażliwe, jeśli Ty sama jesteś SP, bo przecież to cecha dziedziczona genetycznie. Dlatego staram się być taką wysoko wrażliwą mamą, jaką chciałabym, a by były moje córki, jeśli będą mamami.

A chciałabym, by nie widziały one w swoich dzieciach „źródła” umęczenia, napięcia itd. 

Sama staram się widzieć je jako „towarzyszy podróży”, których zapragnęłam kiedyś mieć, choć wiedziałam, że będzie to dla mnie niemałe wyzwanie. I teraz, gdy już kroczymy razem przez życie, staram się szukać DLA NAS WSZYSTKICH optymalnych warunków. Nie staję „na przeciwko” dziecka, ale staje z nim „ramię w ramię”.  Zrób proszę takie doświadczenie. Gdy odczuwasz trudne emocje, i zlewają Ci się one z dzieckiem…

Czy nie jest tak, że stoisz na przeciwko niego? Podejdź do niego, obejmij go, ale ramieniem, mając twarz skierowaną w tą samą stronę co on. Wyobraź sobie, że razem na coś patrzycie. Co tam jest? Co jest naprawdę problemem w tym momencie? Łatwiej będzie Ci wtedy zobaczyć, z czym mierzycie się oboje. Łatwiej będzie Ci znaleźć sposób, jak wspólnie wyjść temu naprzeciw. Łatwiej będzie zobaczyć Ci innych w otoczeniu, którzy mogą pomóc, mogą przypomnieć Ci, że znów „relacja rodzicielka przeważyła” a Ty zapomniałaś o sobie…

Tak, ten punkt na pewno jest dla mnie bardzo ważny. Odruch, by zawsze być z dzieckiem „partnerem” w trudnej sytuacji, a nie walczyć ze sobą, gubić równowagę, tracąc z oczu inne kwestie, być może znacznie łatwiej „kontrolowalne”.

2. Jak już odzyskuję uwagę i zdrową perspektywę – sprawdzam, co mogę natychmiast zmienić

Pamiętam, jak kiedyś Agnieszka Piekarska, z którą współtworzyłam audycję „W Związku z Życiem. Autentyczne rozmowy (dla) Kobiet” przytoczyła słowa Gabora Maté : „Nigdy nie chodzi o to, o co naprawdę chodzi„.

Uwielbiam ten cytat i od dłuższego czasu na każdym kroku zauważam, jak bardzo jest on prawdziwy. Gdy bowiem stanę już z dzieckiem „ramię w ramię” i wspólnie przyjrzymy się, co się właściwie dzieje, że ono jest w tym momencie nieznośne, albo ja czuję na niego wściekłość, okazuje się, że często chodzi o rzeczy trzecie, spoza nas.

I czasem z szokiem można stwierdzić, że są to rzeczy bardzo łatwo „naprawialne”. Muzyka w tle, jakiś szum, mąż rozmawiający w tym samym pokoju przez telefon, nasze milczenie zamiast asertywnej komunikacji, by zajął się dzieckiem, bo my w tej chwili nie możemy… Nasz głód, nasze pobudzenie czymś, co przed chwilą przeczytałyśmy… Oj, mnóstwo rzeczy zaczyna się widzieć. I o wiele łatwiej jest szybko i skutecznie coś z nimi zdziałać. Naprawdę.

3. Wykorzystuję swoją wysoką wrażliwość do zapewnienia wszystkim lepszych warunków

Od kilku dobrych lat nie kryję się z moją wysoką wrażliwością i teraz myślę, że właśnie jej pełna akceptacja, ale i SPójność (wewnętrznej postawy wobec tej cechy z zewnętrznymi przejawami tej postawy w postaci moich działaniach) – ogromnie pomaga mi „ogarnąć się” w roli rodzica. Nie czekam już, jak kiedyś, aż „nadarzy” się okazja do zaopiekowania się sobą. Jest to mój priorytet.

Mam rozwinięte zaufanie do siebie, że to, co teraz przyda mi się jako osobie wysoko wrażliwej, raczej na pewno przyda się także pozostałym, nie tylko wysoko wrażliwym, domownikom. Wszyscy w izolacji są bardziej nerwowi, pogubieni w nowej rzeczywistości, szukający nowego rytmu.

A ja, jako wysoko wrażliwa osoba, pierwsza wyczuwam emocje innych, dorosłych i dzieci. Nie wypieram już tego. Wiadomo, czasem wolałoby się „nie czuć” ich znudzenia, poczucia osamotnienia, gdy my, na przykład, skupiamy się na pracy. No ale nie jest ich winą, że to czują. Nie jest też moją, że to współodczuwam.

Pytanie brzmi: co z tym zrobię?

Może tak naprawdę wykorzystam to jako dar, by reagować szybciej, zanim coś eskaluje? Może nauczę się rozdzielać pojęcia: diagnoza – leczenie? To mój sposób, który kiedyś sobie wymyśliłam. Że ja jako wysoko wrażliwa mama prawie zawsze wiem lepiej, co się dzieje z dzieckiem i wiem to „błyskawicznie”, ale to nie oznacza, że ja muszę tę zdiagnozowaną potrzebę dziecka zaspokoić (to może zrobić ktoś inny, i dzięki temu też poczuć się dobrym, potrzebnym, wspierającym opiekunem). Tak więc opłaca się kolejne partnerstwo: nie tylko w relacji z dzieckiem ale i z innymi opiekunami dziecka. Moim dzieciom to służy, a ja cieszę się, że mają dużo ukochanych, troskliwych „dorosłych” w swoim życiu.

4. Rytm. Ważny bez dzieci, z dziećmi jeszcze ważniejszy

Jeśli masz dzieci – to już naprawdę powinnaś wprowadzić w tym temacie reżim. Elaine Aron: autorka pojęcia „wysoka wrażliwość” (autorka książki „Wysoka wrażliwość. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza”, badaczka tego zagadnienia oraz posiadaczka tej cechy układu nerwowego) otwarcie mówi, że wysoko wrażliwe osoby powinny bardzo rozważnie podchodzić do decyzji o rodzicielstwie (dosłownie zaleca ona nie więcej niż jedno dziecko!). I nie robi tego po to, by mówić komuś co i jak ma robić, co może, a no nie. Robi to, by pokazać skalę zjawiska. Mając kilka dekad kontaktu z wysoko wrażliwymi uczestnikami badań i pacjentami w terapii, nie mogła przeoczyć faktu, jak OGROMNIE dla wysoko wrażliwego układu nerwowego obciążające jest rodzicielstwo. Jeśli więc masz dzieci, a zwłaszcza, jeśli masz ich więcej niż jedno– KONIECZNIE potrzebujesz, z niezachwianą postawą, trzymać się rytmu i rytuałów, które pomogą Ci o zdrowie układu nerwowego zadbać.

Dlatego, gdy Agnieszka napisała, w komentarzu pod ostatnim postem: „Jak dbać o siebie, jak nie zapomnieć o własnych potrzebach spokoju i ciszy mając małe dzieci, które tego nie rozumieją” pomyślałam: „Jeśli zapominasz, to znaczy, że wciąż swoją wysoką wrażliwość spychasz na dalsze tory, Kochana. To znaczy, że patrzysz na siebie przez pryzmat potrzeb innych, a nie na innych przez pryzmat Twojej wrażliwości i TWOICH potrzeb”.

To bardzo ważne „przesunięcie poznawcze”. I wydaje mi się, że mnie właśnie to ratuje. Od kilku dobrych lat z uporem maniaka uczę się stawiać swoje potrzeby na pierwszym miejscu. Znam smak związanych z tym wyrzutów sumienia czy poczucia winy. Ale wiem też, że te emocje nie są „moje”. One powstają w wyniku NIE MOICH przekonań.

Gdy zaś zbliżam się do tego, jaką JA chcę być mamą, gdy dochodzę do kontaktu z MOIMI wartościami, zawsze poprzednie przekonania okazują się wielkim kłamstwem, pochodzącym z zewnątrz. Niezmiennie odkrywam, że moje dzieci są szczęśliwsze, gdy ja jestem szczęśliwa. Że one są spokojniejsze, gdy ja jestem spokojniejsza.

Że najlepsze co mogę dla nich zrobić – to NIGDY nie zapominać o swojej wrażliwości i trosce o siebie.

Także pauza należy do rytmu.

5. Jeszcze a propos żelaznej dyscypliny

W „trudniejszych momentach” dla mnie i dzieci, takich jak okresy, gdy dużo chorują i nie chodzą do przedszkola, albo jak obecny, związany z pandemią, dbam ze szczególną starannością o wszystko, co podkreśla Elaine Aron, jako istotne w aspekcie „nie igrania ze swoim układem nerwowym”. Mówi ona konkretnie:

Nie bądź głodna. Bo prawdziwe przysłowie brzmi: GŁODNY człowiek wysoko wrażliwy – człowiek zły. Gdy „dzieje się dobrze”, czasem można sobie pofolgować, ale w cięższych czasach regularne posiłki, dobrane pod kątem spokojnego, nie skokowego uwalniania różnych substancji odżywczych – to konieczność. Ale nie musisz być z tym sama. Taka dieta przyda się wszystkim domownikom. Znów, dbając o siebie, możesz zadbać o innych.

Nie zaniedbywanie snu. Możliwe, że to nie dzieci Cię wyprowadzają z równowagi, tylko niewyspanie. To kolejny, niezbędny czynnik regeneracji wrażliwego układu nerwowego. Często nie do obejścia przy maleńkich dzieciach, ale przy starszych – koniecznie do nadrobienia.

Odstawienie kofeiny (sama teraz piję maksymalnie jedną – dwie kawy dziennie, choć zazwyczaj sporo więcej)

Umiejętne odpoczywanie. Gdy już masz wolną chwilę, spędzaj ją w pierwszej kolejności na tym, co naprawdę i na pewno wyciszy układ nerwowy. Nie jest to niestety oglądanie filmów czy rozmowy z innymi. Często jest to zupełna cisza. Wiem, że ZAWSZE da się znaleźć takie chwile w ciągu dnia, tylko trzeba się nauczyć dostrzegać na nie szanse i oduczyć nawykowego wpadania w różne aktywności związane z innymi, gdy „zwalnia się przestrzeń”. Czyli znów mówimy o patrzeniu poprzez swoją wrażliwość, a nie poprzez potrzeby innych czy ich oczekiwania (albo nasze oczekiwania wobec siebie, by być kimś innym, mieć inny zapas energii itd.)

6. Regularnie mam czas dla wyciszenia układu nerwowego

Wysoka wrażliwość to nadaktywny układ nerwowy, który błyskawicznie się „zapala”, najdrobniejszym bodźcem. Zbyt wiele razy „pobudzany”, szybko się przemęcza. Dlatego ważne jest, by go często „wyciszać”, uspokajać, w pewnym sensie dawać znać, że nic mu nie zagraża. Dobrze mieć do tego sprawdzone, regularne praktyki, o stałej porze. Mając taki nawyk, na przykład 15 minut wieczorem na siedzenie w ciemnej łazience i głębokie oddychanie, sprawimy, że nasz system nerwowy w pewnym sensie będzie „wiedział”, że ten czas w ciągu dnia nadejdzie i nie będzie się aż tak o niego domagał w niespokojnych momentach w trakcie dnia. Bądźmy jednak szczere – ten czas na pewno musi nadejść. Potrzebujesz dotrzymywać sobie słowa.

Jednocześnie staraj się szukać takich króciuteńkich pauz w ciągu dnia. To nie musi wcale być nie wiadomo jak długo. Są bardzo skuteczne ćwiczenia dosłownie 2-3 minutowych medytacji, które uspokajają układ nerwowy, sprawiają, że przestaje produkować kortyzol i inne hormony stresu. Lepiej wręcz stosować takie ćwiczenia często a krótko. Wcale nie musisz wstawać o czwartej nad ranem i medytować przez godzinę, by zachować spokój i dobrą kondycję psychiczną.

Ja w ramach moich „przerywników” w ciągu dnia nie staram się oddalać od dzieci, jeśli jest to niemożliwe, ale też nie rezygnuję z resetu. Po prostu zapraszam do tego córki. By posłuchały ze mną kojącej muzyki. Albo pytam, czy słyszą śpiew ptaka. Angażuję je w to, czego sama potrzebuję: w uważność, w defuzję poznawczą (opowiadając różne swoje myśli jako historie za pomocą formuły: „przychodzi mi do głowy taka myśl…” – więcej o tym i innych ćwiczeniach na defuzję poznawczą przeczytasz na www.terapiaact.pl.)

Jeśli mam dłuższą chwilę, bo dziećmi zajmuje się mąż, stosuję regularnie medytacje: „Emocjonalny scan ciała”, czy „Uspokajanie trudnych emocji”. Czasem nawet zdarzyło mi się włączać je przy usypianiu dzieci. Ja medytowałam leżąc przy nich, a one słuchały mojego głosu na nagraniu jak bajki, zasypiały i wszyscy byli zadowoleni.

7. Nie porównuję się do innych rodziców

Wysoko wrażliwych osób jest 15-20% w populacji. Wśród rodziców wskaźnik ten jest prawdopodobnie trochę niższy, bo z powodu przeważającej wśród SP introwersji (ok 85% wysoko wrażliwych), trochę mniej z nich wchodzi w związki i zostaje rodzicami. Dlatego jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że inni rodzice, których widzimy uśmiechniętych na Instagramie czy Facebooku (zachwycających się wygłupami z pociechami, niezrażeni, gdy dzieci łażą po nich jak małpy po drzewach…) cóż, Ci rodzice najprawdopodobniej nie są SP. Więc porównując się do nich, chcąc jak oni mieć mnóstwo energii, frajdy z wygłupów itd. – skazujemy się na frustrację.

Sporo osób z mojego otoczenia z lekkim uśmieszkiem przyjmowała moje wypowiedzi, że zacznę „bawić” się z dziećmi wtedy, kiedy będę mogła z nimi podyskutować o Jungu (i to będzie ta zabawa). Niby żart, ale jakże prawdziwy dla SP. I tego się trzymam, bo wiem, że dzieci wyczuwają, gdy robimy coś szczerze bądź z przymusu i zakładam, że one wcale nie chcą bym robiła coś, co mnie drażni (a właściwie mój układ nerwowy). Przy maleńkich dzieciach zawsze byłam od tulenia, pieszczenia, całowania, ale od biegania, „wściekania się” i wygłupów byli / są inni. I dzięki temu mam święty spokój, jak dzieci chcą się bawić, bo wiedzą, że ze mną najwyżej puzzle, książeczki, albo wspólna praca w ogrodzie.

Myślę, że w takim odcięciu się od tego „jak bawią się ze swoimi dziećmi inni” i że „ja tak nie lubię” pomaga zwrócenie się do swoich wartości i, przez ich pryzmat, odpowiedź na pytanie:

Jakim rodzicem ja chcę być dla swoich dzieci?

Nie poprzestawajmy jednak na odpowiedzi: DOBRYM.

Co to znaczy: być dobrym rodzicem?

Kiedy jest się dobrym rodzicem?

Po czym można poznać, że jesteś TAKIM dobrym rodzicem?

Ustal to ze sobą i bądź nim. Po prostu.

Pamiętaj: odpowiedzią na większość trudnych pytań jest: MIŁOŚĆ. Wiem, że kochasz całych sercem swoje dziecko. Tym się kieruj w trudnych, nerwowych chwilach. Miłość nie jest wartością, tylko uczuciem. Ale Twoje wartości na pewno chcą Cię prowadzić do okazania tego UCZUCIA. Jak najlepiej i najpiękniej Ty możesz okazać je swojemu dziecku, będąc wysoko wrażliwą mamą / kobietą / człowiekiem?

8. Zmiana na nowe, a może powrót do starego?

W dalszych swoich refleksjach doszłam jeszcze do wniosku, że u mnie niewiele się zmieniło w kwestii dzieci, bo one są wciąż bardzo małe i nawet do przedszkola za bardzo nie chodziły, bo wciąż chorowały. Dlatego pomyślałam, że rozterki moich czytelniczek mogą dotyczyć tego, że już trochę się od dzieci „odzwyczaiły” i teraz, na nowo, muszą przeżywać „trudy bycia wysoko wrażliwym rodzicem dziecka, które jest przy nas non stop”. 

Jednak warto zauważyć, że to nie jest to samo dziecko, co kiedyś. Najprawdopodobniej nie jest ono już tak zupełnie niesamodzielne, bezradne, „mamusiowate”. Może warto spojrzeć na nie nowym okiem? By uniknąć odpalenia się trudnych emocji, które niosą trudne wspomnienia, na których powtórkę, w obecnym czasie, wcale nie musimy być skazani?

Może przeżywasz teraz stres, bo gdzieś w głębi serca czułaś „ulgę”, że w końcu Twój układ nerwowy będzie mógł się zacząć regenerować, a tu taki zawód… Warto się z takim czymś skonfrontować. Warto przeżyć wręcz „żałobę” po tej nadziei. I na spokojnie zacząć pielęgnować z sobie niezłomne postanowienie, że, jak znów dzieci z domu „wyjdą” (a w końcu wyjdą) to już na pewno się sobą, w pierwszej kolejności zajmiesz. Warto zacząć już teraz, małymi krokami próbować zacząć wprowadzać w tym kierunku zmiany.

Sama pamiętam, jak strasznie boleśnie przeżywałam, że dzieci, gdy w końcu osiągnęły wiek żłobkowo – przedszkolny, częściej są w domu niż w przedszkolu. Niby wiedziałam, że tak będzie, a jednak tak potwornie bolało, gdy znów zaczynałam widzieć katar czy czuć pod palcami gorące czoło.

Bo tak naprawdę bolało coś innego. Świadomość, że nie dbałam o siebie wystarczająco już wcześniej, GDY DZIECI BYŁY w domu, wciąż odkładałam to na moment, gdy „będę mogła w końcu sobie na to pozwolić”. Nie wplotłam tego, jako integralny element mojej codzienności. Jako rodzica, a więc z dziećmi u swego boku, każdego dnia.

Potrzebowałam przejść z tego przyspieszony kurs, opłaciłam to załamaniem nerwowym. Była to trudna lekcja, której zaniedbanie nie popłaciło ani mnie, ani dzieciom. Ale cieszę się, z dłuższej perspektywy, że ją nadrobiłam. Że jestem już wolna od konfliktów wewnętrznych, jak np.: z jednej strony żal mi dziecka, że jest chore, a z drugiej – mam do niego dziwny żal, że się znów pochorowało, pretensje, że „o mnie nikt się nigdy nie troszczy, a ja wiecznie o kogoś muszę” itp..

Teraz już tylko WSPÓŁCZUJĘ. Dziecku i sobie, że w czasie jego choroby mam cięższy czas, potrzebuję dostosować pracę, wykazać się niemałą pomysłowością i elastycznością. Ale nie zmęczeniem i poświęceniem. Bo mam już we krwi stałą troskę o siebie. Czy dzieci są zdrowe czy nie.

Niestety, to może być też prawda o Tobie, tak jak była dwa lata temu o mnie: być może do tej pory „jakoś dawałaś radę” nie opiekując się szczególnie swoją wrażliwością. Gdzieś łapałaś chwilki oddechu, lekkiej poprawy, więc nie wyrobiłaś sobie nawyków umiejętnego odpoczywania. „Przyjdzie czas, że po prostu nie będę się tak męczyła, więc nie będę musiała odpoczywać. Więc po co się tego uczyć…” Brzmi znajomo? Nie musi, bo to moje myśli.

Ale może jednak? Jeśli tak, to teraz możesz niestety odczuwać tego konsekwencje…

Jeśli więc Ty masz tą lekcję dopiero przed sobą… To, choć może być trudna, może właśnie przyszedł jej czas. Kiedy, jak nie teraz, zacząć to rozwijać? Nie czekaj, aż sytuacja minie. Może ona właśnie jest po to, byś nauczyła się tego, co powinnaś była praktykować od zawsze? Może dzięki temu Twoje dzieci, skoro dziś o nich mowa – też się nauczą, jak same kiedyś mają o siebie dbać? Świat jest coraz szybszy, coraz bardziej rozpraszający. Po pandemii może jeszcze bardziej przyspieszyć, chcąc wszystko „ponadrabiać” i już takim pozostać. Może dzięki obecnej sytuacji nauczysz się czegoś, co zaowocuje znacznie mniejszą frustracją w podobnych sytuacjach w przyszłości? Warto więc zacząć wprowadzać zmiany, nigdy nie jest na nie za późno.

Nigdy nie jest za późno, by pokochać siebie, swoją wrażliwość i by zacząć się o siebie troszczyć.

9. Nie bawię się w nadczłowieka.

Choć kiedyś długo się w tą zabawę bawiłam. Aż zrozumiałam, że jej zasady są nie fair i bawią się wszyscy wokół, tylko nie ja… Ja się spalam, poświęcam swoje wartości, popadam w depresję, poczucie braku sensu i beznadziei. Niby nadczłowiek z sukcesami, a kompletna pustka w sercu… Zresztą pewnie znasz moją historię, a jeśli nie, to MOŻESZ POZNAĆ JĄ TUTAJ.

Gdy zaczęłam leczyć się z pracoholizmu i perfekcjonizmu, kluczowa okazała się dla mnie praktyka autoempatii. To dlatego polecałam ją w poprzednim artykule jako niezwykle istotną w radzeniu sobie z trudnymi momentami. W roli rodzica sprawdza się równie dobrze.

Jednym bowiem z jej kluczowych elementów jest ciągłe przypominanie sobie o tym, że jesteśmy tylko ludźmi, że inni ludzie też mają podobne problemy. „Wszyscy rodzice tak mają”. Jak często sobie o tym przypominasz, gdy czujesz narastającą wściekłość na dziecko? Gdy czujesz bezradność, a może nawet rozpacz? A uwierz mi, nie ma rodzica, który się z takimi emocjami nie mierzy. Jak mówi, że tak nie ma – to kłamie. Biorę pełną odpowiedzialność za te słowa. 

Jesteś tylko człowiekiem. Na dodatek wysoko wrażliwym. Bądź dla siebie wyrozumiała i wspierająca. Nie dokładaj sobie batów. To może nieświadomie rzutować gniew odczuwany na siebie, że „nie daję rady” na dziecko – jako źródło, którego zachowania wywołują u Ciebie tak przykre myśli… Nie lubi się tych, co przynoszą złe wieści…

Kochana, ODPUŚĆ!  Idę o zakład, że na co dzień, gdy nie ma pandemii, jesteś zmęczona, a teraz myślisz, że biorąc na siebie więcej – dasz radę? To nielogiczne. Jak coś dokładasz, coś musisz odjąć. Zasób energetyczny jest ograniczony.

Ja sama nie dałabym rady, gdybym chciała działać jak do tej pory. Odpuszczam maksymalnie, robię tylko to, co uważam za NAJWAŻNIEJSZE i nie czuję się w żaden sposób „słaba” czy „nieudolna”. Nie mówię, że nie bywa mi przykro, gdy odmawiam jakimś projektom, albo potencjalnym klientkom. Ale wiem, w imię czego to robię i to mnie uspokaja.

Generalnie sytuacja jest nietypowa, więc naprawdę warto się w tym „przytulić” i wesprzeć. Zacząć priorytetyzować, by nie zaniedbać tego, co najważniejsze! Myślę, że jeśli jest opcja ograniczyć pracę, skorzystać z jakichś świadczeń, zminimalizować działania do takich, żeby zatrudnienie / działalność po prostu „przetrwały” – to warto to zrobić. Jest to wyrazem zdrowego rozsądku i troski o siebie i o najbliższych.

Nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkiego. To nie jest możliwe. I całe szczęście. Bo jeśli by było, już od dawna byłoby zalecenie, żeby tak żyć, a przecież nikt by tego nie przetrwał. Warto więc przerwać tę złudną pogoń za byciem „super mamą co ogarnia też wszystko inne”, bo to oszukiwanie siebie i innych. I zabijanie swojego największego daru – wysokiej wrażliwości. Bo ona nie znosi nieautentyczności i zakłamiania.

Podsumowanie…

No i wyszło mi prawie „10 przykazań wysoko wrażliwego rodzica” 😉 Myślę, że 10-te przykazanie stworzy się dzięki Waszym komentarzom i refleksjom. Bardzo na nie liczę. 

Generalnie, jak przeglądam cały wpis, mam wrażenie, że znów wszystko sprowadza się do tego, że teraz, w czasie kryzysu, po prostu wychodzi, na ile my sami, jako wysoko wrażliwi rodzice, stawiamy granice i tę wrażliwość szanujemy.

Zauważ, że dzieci nie oceniają i nie próbują zmieniać innych. One, jak mało kto, akceptują innych takimi jakimi są. Owszem, bezobciachowo wytykają, że coś jest „inne”, ale też takim to przyjmują. Więc one, szybciej niż myślisz, oswoją się z tym, jaka jesteś, że „mama tak ma, że potrzebuje odpocząć”. Ale najpierw trzeba samemu to uznać i zacząć respektować. Nie skupiaj się więc na innych, na dzieciach. Skup się na sobie.

Świat się nie zawali, jeśli staniesz w oknie, popatrzysz na drzewa i weźmiesz kilka bardzo głębokich oddechów.

Twoja Gosia, niedoskonała, wysoko wrażliwa mama 😉

Toniesz w emocjach? Nauczę Cię pływać!

Jesteś SP (Sensitive Person)? Dołącz do „The third SPace” - newsletterowej przestrzeni Twojego rozwoju. Otrzymasz na start PDF „Tonąc w emocjach – nauka pływania” a w dalszym kontakcie mnóstwo inspiracji do poszukiwań Twoich własnych „3 SP dla SP”: SPokoju, SPójności i SPełnienia.

O AUTORCE

Nazywam się Małgorzata Pawlińska. Jako psycholog, Coach PCC ICF oraz licencjonowany konsultant i trener Odporności Psychicznej - pomagam kobietom będącym SP (SP – Sensitive Person) odnaleźć i rozwijać w życiu 3 SP: SPokój, SPójność, SPełnienie.

Podobne wpisy